Pytyja spod dębów trzech
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Martwe miasto

Sen:

Jechałam pociągiem i studiowałam niewielki objętościowo tekst jakiejś przetłumaczonej książeczki, napisanej przez Nostradamusa. Były w nim konkretne naprowadzenia na sposób odkodowania czasu w jego zapisach. Zwróciłam uwagę na zdanie, które brzmiało mniej więcej tak:
"Astronomowie i uczeni w dziedzinie czterech godzin kejli kejli, że chodzi o pory roku."

Dalej znalazłam rysunek przedstawiający horoskop w okręgu, podzielony na cztery części, odpowiadające porom roku. Każda ćwiartka wypełniona była zapisem liczb w kilku rządkach prowadzonych od góry do dołu, w słupkach inaczej mówiąc. Zorientowałam się, że chodzi o daty, zapamiętałam liczbę 28, którą odniosłam do 2028 roku. Niestety cyferki były bardzo malutkie, ale można je było odcyfrować pod lupą, co sobie obiecałam zrobić później. Każda ćwiartka różniła się od innej kierunkiem prowadzenia słupków, zapamiętałam jak, w tym jest tajemnica kolejności odczytu, choć nie mam pojęcia jak to ugryźć.

Kolejne dziwne zdanie brzmiało:
Sirene terreste es nonsens - w jakimś romańsko-podobnym narzeczu. Znaczy: Syrena naziemna to nonsens. Tu przypomniały mi się przepowiednie o ukazaniu się Nereidy i ryb ziemno-wodnych na plaży. Ale nic więcej nie przyszło mi do głowy.

Wysiadłam z pociągu w następnym śnie. Znalazłam się w jakimś wielkim mieście zachodniej Europy, w przyszłości. Miasto było wyludnione, nie wiem czemu. Pojawiały się z rzadka grasujące jeszcze bandy kradnące resztki żywności. Znalazłam sobie schronienie w jakimś opuszczonym, na poły podziemnym budynku. Miałam już tylko ostatni herbatnik, który lizałam, a nie jadłam, aby na dłużej starczyło. Naprzeciw stał wysoki blok, jeden z wielu w tej ludnej niegdyś dzielnicy. Opustoszały, jak wszystkie inne. Choć można było zauważyć czasem ruch w niektórych oknach. Nieliczne rodziny jeszcze trwały w blokowiskach, żywiąc się chyba zrobionymi zapasami, lub kradzieżami zasobów z opuszczonych mieszkań.
Byłam młodą dziewczyną, niedawno jacyś grasanci zgwałcili mnie na ulicy, byłam nieufna, ale rozmyślałam o sposobie ratunku z tej beznadziejnej sytuacji. Wiedziałam, że żywność można wyprodukować jedynie na wsi i trzeba mi się wydostać z miasta i dotrzeć do jakiejś wspólnoty rolniczej. Tylko jak?
Pojawili się wkrótce w "moim" budynku jacyś chłopcy. Bałam się ich, ale ujawniłam się i przedstawiłam im swój plan na przyszłość. Z miejsca zaznaczając, że nie przetrwamy, jeśli będziemy egoistycznie walczyć jedno przeciw drugiemu. Musimy się zjednoczyć i pomagać sobie wzajemnie z poświęceniem, wtedy jedynie mamy szansę przeżyć... 
Sen skończył się panoramiczną wizją wielkomiejskich blokowisk, pustych, bez ludzi, bez życia...